Relacja pani Katarzyny Brzezińskiej od teraz zwanej Kasią vel Brzezina.
Osoby
1.Tomasz Reuter & Brzezina - Ponda CBR 1000F
2.Krzysztof i Anna Łowicz - Ponda Africatwin
3.Bogdan Chudzikiewicz - Ponda Trans
Dojazd.
Dzień był
sennie gorący, jak moja drzemka na ławie przed tawerną.
Obolałym pośladkom dałam odpocząć, oczom odetchnąć. Jedyne
co nie pozwalało dopełnić studium rozkoszy to pragnienie. Jako
jedna z nielicznych miałam możliwość zanurzenia czubka
swojego nosa w białej, zimnej pianie piwa nazwy którego nie
pamiętam. Błędny wzrok Tomasza, skręcającego się na widok
zimnego piwa wlewanego w moje czeluście był dla mnie
wystarczająco satysfakcjonującym. Pot zalewał mu czoło,
kosmyk jego bląd włosów wołał w krople deszczu. Ania, żona
Krzysztofa jest jedyną osoba na świecie, która może
wytrzymać upał w jakiejkolwiek postaci. Nie istnieje dla niej
problem gorąca jednak dzisiaj na postoju nie wystawiła nosa ku
słońcu lecz jako i my zaszyła się w półcieniu siatki
maskującej. Co do strawy to wolę jej nie komentować. Dobrze,
że nikomu się nic nie stało.
Dzień pierwszy.
Po noclegu, którego inicjacji wolałabym nie
pamiętać z powodu chaosu i innych takich wychynął się nowy
dzień - jak to bywa na zlotach nie od kur piania a od ryku
odpalanych i wstępnie katowanych maszyn.
Było gorąco, nawet nad większą kałużą w której odważyli
się popływać nieliczni kamikadze. Siedząc na brzegu starałam
się nie wdychać powietrza zawierającego obrzydliwe w tym
okresie alergeny pyłów traw. Jednako życie na bezdechu nie
może trwać zbyt długo. Zapyliłam się a świat widziany zza
spuchniętych powiek nie wydaje się już tak kolorowym. Dzień
nabierał treści ...
By poprawić sobie humor zaaplikowałam sobie
nową dawkę alergenów na wycieczce po okolicy. Zbieraniną
wszelakich pojazdów udaliśmy się do meczetu w Kruszynianach.
Ostatni Tatar nawracał nas na mahometanizm - chyba
nieskutecznie.W meczeciku było chłodno, wilgotno i trąciło
troszkę stęchlizną - ach te dywany. Bogdan jako prowadzący
prowadzącą organizatorkę przegonił nas polnymi drogami do
Bobrowników. Wytrzęsieni i upyleni dotarliśmy do w końcu do
drogi bitej.
Droga
bita kamienną kostką była jeszcze gorsza od polnych, tyle że
nie pyliło. Bogdan znowu ćwaniaczył jadąc po w miarę równym
krawężniku. Ale nic to i tak musiał na nas czekać [na
zdjęciu właśnie dojeżdżamy]. Rozdygotani dojechaliśmy w
końcu na zlotowisko. Nawet nie jesteście w stanie sobie
wyobrazić jak mi smakowało piwko.
Co do zlotu, to coś tam się działo, hałasowało,
popiardywało z cicha. Brak było jakiegoś ładu w tym
wszystkim.
Dzień drugi.
Wyrwaliśmy ze zlotu odpocząć trochę od
orania i palenia gumy. Jakoś nie mogę się przyzwyczaić do
tego zapachu. Namówiłam chłopaków na odwiedzenie znajomych w
domku zaszytym w paszczy Augustowskiej. A upał znowu dał się
we znaki. Tutaj jako samotni podróżni podczas przerwy : baby po
piwku, chłopy po marchewkowym kubusiu.
Znajomych oczywiście nie było. Mogliby by
przynajmniej zostawić kartkę w drzwiach "Kasiu nie ma nas
- nie szukaj nas na polu, koło lasu i w niezbyt odległej
leśniczówce" - tyle drogi bym zaoszczędziła.
Ja
latałam jak głupia a oni sobie kózkę głaskali. No nic,
pocałowawszy klamkę, nie napiwszy się świeżego, zimnego
mleka i nie zakąsiwszy wielką pajdą wiejskiego chleba ze
smalcem i solą pojechaliśmy w tumanach piachu na północ.

Jak Bogdan prowadzi przez pola i łąki to szybko
zachciewa się pić. Na małym mosteczku zrobiliśmy sobie
drobną przerweczkę. Ten facet w wodzie to nie trup a Krzysio,
który właśnie zaciąga wodę we wnętrzności jak wielbłąd i
we włosy jak Indianin. Ochłonęliśmy wszyscy, z wyjątkiem
wycieczki kajakowej jaka u podnóża szykowała się do
wycieczki.
Znowu
polne drogi i w końcu wymarzony przeze mnie (i Tomasza) ASFALT,
a w zasadzie jego namiastka. Bogdan wyprowadził nas pod ATENY.
Ciekawą miał mapę. Potem patrząc na nią minął Suwałki,
zabawił z nami pod wiaduktami w Stańczykach (co on widzi w tej
kupie betonu ?) i ku naszej uciesze zabrakło mu paliwa.
Zaczarował motor kładąc go na lewym boku i tak dojechał
szczęśliwie do stacji.
Narzekając na ciepło, nie znalazłszy jeziora po drodze do
kąpieli dojechaliśmy do "warszawki" w Pasłęku.
Świńskim truchtem wycięliśmy do domu.
No cóż, za rok może znowu do Supraśla ?